EnglishDeutsch strona gwna cmentarze Ratujc pami stan 1925 bukowiec wykaz cmentarzy bibliografia linki kontakt z autorem

Czy ekshumacje grobów wojennych są potrzebne?

Na cmentarzach czas się zatrzymał. Tak przynajmniej mówi się o tych miejscach, gdzie pod baldachimem drzew spoczywają ci, których życiowa wędrówka dobiegła kresu. Został po nich tylko wyryty w kamieniu znak, ich ostatnie słowo – imię i nazwisko. Cmentarze, na których pracujemy, są w większości zniszczone i odchodzą w niepamięć tak samo, jak ludzie na nich spoczywający. Można jeszcze odczytać inskrypcje, dowiedzieć się że tu oto, pod tym kamieniem, śpi snem wiecznym czyjaś ukochana córka, gdzieś obok z głębokim żalem pochowano najlepszą matkę. Można spotkać duże groby rodzinne, obok których przycupnęły bezimienne mogiłki, będące już tylko porośniętymi bluszczem niewielkimi pagórkami. Nie ma już krzyży, porozbijano tablice, nikt nie pali zniczy. W kwaterach wojskowych równym szeregiem jaśnieją nagrobki żołnierzy poległych w bitwach I wojny, zwanej niegdyś Wielką. I wojna nosiła to miano, bowiem tym, którym udało się przeżyć, nie mogło pomieścić się w głowach, by coś gorszego mogło się na świecie wydarzyć. A jednak się zdarzyło - i co całkiem szybko. II wojna nie była już Wielką, była Światową, a to znaczyło, że przetoczyła się przez cały glob, miażdżąc go podkutym butem, siekąc batem, głodząc i zamieniając całe narody w krematoryjny dym.

Dziś, kiedy panuje pokój, możemy, porządkując stare cmentarze, zamyślać się nad życiem lub śmiercią, obcować z historią. Musimy jednak wiedzieć, że pod tą kołdrą bluszczu, pod niebieskim barwinkiem, w głębi cmentarnej gleby

NADAL TOCZY SIĘ WOJNA

Dlaczego międzynarodowe umowy nakazują ekshumację wojennych grobów? Masowe mogiły, bezimienne, nieoznaczone… mało kto wie o ich istnieniu. Czasem informacja o nich pochodzi od ludzi, którzy byli świadkami takich wojskowych pochówków. Niekiedy przychodzą na ekshumacje. Stoją nad rozdartą ziemią i opowiadają. Wreszcie mogą zrzucić z siebie ten ciężar. Opowiadają o tym, co widzieli, gdy byli jeszcze dziećmi. Na przykład 12-letnim Zenkiem, który wymknął się z domu i poszedł popatrzeć na jedzących skromny posiłek żołnierzy, bo był tak głodny, że chciał choćby powąchać zapach przypalonej w kotle owsianki. Zauważyli go, przywołali i dostał miskę sycącej zupy. Później, zaraz jakoś niedługo, Zenek widział Tego Od Owsianki, jak leżał zabity, na ulicy. To nie było straszne, tyle było trupów wokół. Śmierć spowszedniała, jednego dnia ktoś był, a innego już nie. Straszne było to, że gdy Ten Od Owsianki leżał już martwy, ktoś zdjął mu buty, za chwilę ktoś zabrał kurtkę, a później leżał całkiem nagi. Dopiero po kilku dniach i Ten Od Owsianki, i inni jego kompani zostali załadowani na wóz i zrzuceni do dołu. I Zenek przez 70 lat myślał o tym, że ten co go nakarmił, leży we wspólnej mogile, a przecież uratował Zenkowi życie. Często we śnie widział zagięty palec, kiwający na niego, słyszał słowa wypowiadane we wrogiej mowie, i czuł na języku smak tej owsianki. To była sprawa, o której nie można było nikomu mówić, bo jak przyznać się, że człowiek myśli o okupancie bez nienawiści? Dobry musiał być człowiek, że nakarmił dzieciaka. Kazali mu iść na tę wojnę, więc poszedł, bo musiał. Nasi też musieli. Po co komu ta wojna?! Zenek ociera oczy okaleczoną dłonią, bo szczypią.

Zenek nie mógł spać. Tak samo jak Stasiek. W dzień Stasiek jest ciepłym, serdecznym panem Staszkiem, wspominającym swoje psoty w szczenięcych latach. Bo Stasiek był strasznym urwisem. Wszędzie było go pełno, niczego się nie bał, a w dodatku w 1944 po raz pierwszy w życiu się zakochał. Było to uczucie jednostronne i starannie ukrywane, bo wiadomo, że jak się ma naście lat to miłość jest sprawą niezwykle skomplikowaną. Stasiek więc dużo czasu spędzał w krzakach i podglądał dziewczynę, która nawet nie wiedziała, że jest obiektem westchnień nieletniego przystojniaka. Miała jasne włoski, żółtą bluzeczkę, pod którą rysował się zgrabny biuścik, i błękitną spódnicę. Ta miłość trwała krótko, bo 17 stycznia pojawili się we wsi radzieccy wojacy i wszyscy - ilu ich było - zgwałcili dziewczynę o jasnych włosach. Później zaprzęgli kilku Niemców do wozu załadowanego trupami ich współbraci i pogonili do lasu. Od tego czasu Stasiek widzi swoją dziewczynę o jasnych włosach leżącą na stosie trupów, z niebieską spódnicą zmiętą i zakrwawioną. I od tego czasu Stasiek pragnie, by z tej masowej mogiły niemieckich żołnierzy ekshumować swoją niespełnioną miłość. Nie może być tak, by zmarła taką śmiercią nastolatka leżała w lesie z niemieckimi żołnierzami.

Stasiek dużo pamięta, pewno dlatego właśnie, że wszędzie łaził, wszystko go ciekawiło. Pamięta Niemkę, która powiesiła się w oborze ze strachu przez Ruskimi. Pamięta też takiego Ruska, który dziwił się na widok młynka do kawy. Ojciec Staśka schował w szufladce tego młynka zegarek i ten Rusek był przekonany, że młynek jest maszyną do robienia zegarków. Zakręcił, otworzył szufladkę i – proszę bardzo - jest! No to czy taki człowiek w ogóle może wiedzieć, o co w tej wojnie chodzi? Kazali - poszedł i może było nawet tak, że po raz pierwszy w życiu opuścił swoją wieś. Stasiek kiwa głową i rozmyśla nad tymi wszystkimi okropnościami, które los przeznaczył mu przeżyć, i nad bezsensem tych doświadczeń.

Czasem nocą w sufit sypialni wpatruje się Teresa. Kiedyś dawno temu, jesienią, była na grzybach. Obok dreptał jej mały braciszek, śpiewały sennie już ptaki, babie lato czepiało się rzęs. To było w 1947, pamięta to dokładnie, bo wtedy mama urodziła siostrzyczkę i jeszcze nie wstawała z łóżka. Więc było to tak, że na skraju lasu, tam gdzie rosną najlepsze jeżyny, wielkie jak truskawki, zatrzymał się wojskowy samochód. Wyskoczyli z niego jacyś żołnierze i wygonili ze środka ludzi, ubranych w kalesony i koszule. Teresa była na tyle duża, by wiedzieć, że musi się ukryć, przywarowała więc w rowie i przydusiła brata, by nie mógł nawet pisnąć. Widziała, jak żołnierze kolbami zmuszają przerażonych mężczyzn i kobiety, by wyciągali coś z auta. To były ciała. Kiedy wszystkie zostały zepchnięte do głębokiego dołu, żołnierze zaczęli strzelać do stojących nad dołem ludzi. Za jakiś czas, gdy Teresa mogła już opuścić swój rów, zobaczyła pokaleczone kulami drzewa, dziwne kawałki czegoś nieznanego przyklejone do złotej sosnowej kory. W dole zaś intensywnie pracowała śmierć, ludzka masa kłębiła się, drgała, wyciągała w górę dziesiątki okrwawionych rąk, kotłowała się coraz wolniej pulsującym życiem. Teresa z braciszkiem uciekła i wciąż ucieka od tego wspomnienia. Zrobiła wyjątek, by opowiedzieć o tym, wskazać miejsce, no bo jak to? Oni leżą tyle lat we wspólnym grobie, nie mają krzyżyka, nikt się nie pomodli za nich, a ludzie w tym miejscu spacerują z psami lub bawią się przy grillu.

Ziemia rozdarta ostrzem szpadla pachnie intensywnie, paruje, ma różne kolory i strukturę. Jest czarna jak węgiel, lub złota, sypka jak piasek na plaży. Tak jak życie, raz wesołe, raz pełne smutku, niejednolite. Z każdym centymetrem przenosi w ten odległy czas, czas kiedy Stasiek, i Teresa, i Zenek, i inni, byli dziećmi. W czas, który doświadczył ich tak okrutnie. Wyraźnie widać, jak pod tą warstwą czasu zmaterializowanego w cmentarną ziemię toczy się walka. Ci zmarli nie leżą godnie i spokojnie. Nie mają trumien i nie śpią snem wiecznym, jak przystało nieboszczykom, z rękami skrzyżowanymi, odziani żałobnie i uroczyście. Oni kłębią się... ktoś opiera nogi na głowie kolegi, ktoś leży na brzuchu, widać jego sterczące łopatki i czaszkę opartą na dłoniach, które są już tylko drobnymi kostkami. Ktoś inny przyciska go ramieniem, ktoś kolejny leży w poprzek, bo tak został rzucony do dołu. Sprawia to wrażenie jakiegoś ruchu. Przeleżeli tak dziesiątki lat! Schodząc na dno masowej mogiły pracuje się w innym świecie. Wchodzi się w jakąś bardzo intymną strefę nieznanego człowieka. To świat uczuć, które zostały gwałtownie przerwane. Na czyimś palcu, który jest tylko małą kostką, lśni obrączka. Inicjały FH. Czyjaś żona miała takie inicjały, jakaś pani FH nie doczekała powrotu swego męża, nigdy nie dowiedziała się nawet, gdzie zginął i gdzie jest jego grób. Nie wiemy kim był H i jakie imię dali mu rodzice. Wiemy, że został wrzucony do tej mogiły, gdy był już starszym człowiekiem i miał amputowaną nogę. Nie ma innych przedmiotów, poza tą obrączką, które mogłyby pomóc przywrócić mu tożsamość. Obok H leży człowiek o niezwykle białych, równych zębach. Pod brodą ma nieśmiertelnik, wojskową śmiertelną biżuterię. Ten ma szansę powrócić do rodziny, bo wiadomo kim był, znane jest nazwisko i od razu wiadomo, że oto do domu może powrócić Paul. Paul o pięknych zębach był młodym chłopakiem i idąc na wojnę musiał pożegnać się ze swoją dziewczyną, bo w okolicach klatki piersiowej zachował się kobiecy pukiel włosów w kolorze ciemny blond. I mały portfelik z owalnym otworem, w jakim umieszcza się zdjęcie. Paul nosił na piersi ten pukiel włosów ukochanej. I wraz z nim został pochowany. Kto wie, może dziewczyna Paula jeszcze żyje, może już niebawem dowie się, że jej chłopak się odnalazł? Każdy z tych zmarłych ma swoją historię zaklętą w drobiazgach, które zabrał ze sobą do grobu. Ktoś miał małe lustereczko i grzebień, pewnie lubił ładnie wyglądać. Ktoś miał ołówek i notes, ktoś okulary, inny protezę zębową, inny w kieszonce prezerwatywę. Jakiś medalik. Różaniec. Pamiątkową odznakę ze szkoły. Czasem wśród pochowanych są dzieci. Dokumenty mówią o tym, że do lazaretów trafiały ranne, a gdy umierały nie mając nikogo bliskiego, nie miały też szans na pochówek. Małe szkieleciki, z resztkami opatrunków, sączków, cierpiące za życia na awitaminozę. Oto sanitariusz, leżący na swojej apteczce, z którą widocznie się nie rozstawał. Ten w średnim wieku człowiek, o kształtnej czaszce i złotych zębach (bo taka była moda!) opowiada swoją historię każdym ruchem pędzla omiatającego jego kości. Leży na brzuchu, ma złamaną nogę, ze śladami opatrunków. Nadal ma przy sobie to, czego używał - gwizdek, bandaże, pióro, notesik… Wiele rzeczy jest już tylko prochem. Na czaszce sanitariusza zieje okrągła dziura, na środku czoła – wiadomo jaką śmiercią zginął… Czyż oni wszyscy nie zasługują na własny grób?

Czasem komuś ze świadków nagle coś ważnego się przypomni. Idzie już do domu i nagle wraca biegiem, z daleka krzyczy, macha rękami: - Przypomniało mi się! - woła. – Był taki jeden co go powiesili! On się nazywał tak i tak, i mieszkał tam! O, w tym domu! I powiesili go, o! widzi pani?! Na tym drzewie!

Trzeba wszystko zanotować, zapamiętać, znów zajrzeć w archiwa, bo nigdy nie wiadomo, czy z pozoru mało znaczące zdarzenie za chwilę nie nabierze wagi niezwykłej.

Mało jest ludzi, którzy uważają naszą pracę za potrzebną. Jej znaczenie rozumieją Teresa, Johann 219, Stasiek czy Zenek. Mądrzy, ciepli i serdeczni ludzie. Ekshumacje wzbudzają emocje, co jest w pewnym stopniu zrozumiałe. Ludzi ściąga ciekawość. Ciekawość objawia się retorycznym pytaniem:

- I co? Jest coś? Co znaleźliście? Jest broń?

Nie mamy w sobie szacunku dla życia, nie mamy szacunku dla zmarłych, dla ich rodzin. Dlatego plądrowane są groby, rozbijane pomniki. Nie myślimy o tym, że tu oto, w tym grobie, leży ktoś, kogo w bólu urodziła matka. Matka, która musiała nauczyć go wszystkiego – jeść, mówić, chodzić. Matka, która otaczała go opieką w dzień i w nocy, kochała zwyczajem wszystkich matek na świecie. I ta matka, jak wszystkie matki, miała prawo do tego, by swoje dziecko pochować, opłakać. Minęło jednak wiele lat, matki też już odeszły. Dzieci i wnuki przejęły ich prawo, by zapalić znicz na grobach swych przodków. Czasem nawet nie wiedzą, jakie ważne jest to prawo... Tak, jak nie wiedział Johann 219. Ten internauta dużo czasu spędza przy komputerze, bo interesuje się wojną i trochę genealogią, wyszukuje więc różne informacje dotyczące zarówno wojennych działań, jak i własnych korzeni. Pradziadek Johanna pracował jako kolejarz, i przeżył wojnę, by zaginąć bez wieści pod sam jej koniec, w 1945 roku, niemalże w drodze do domu. Johann, pseudonim internauty, to imię jego pradziadka, zaginionego kolejarza. Johann 219 z pewnością nie spodziewał się, że po 73 latach rozwikła wojenną tajemnicę i będzie miał możliwość fizycznego spotkania z dziadkiem, którego widział tylko na pożółkłej fotografii. Johann Weidner zabity przez czerwonoarmistę przeleżał na ewangelickim cmentarzu dziesiątki lat, aż został ekshumowany i powrócił w rodzinne strony, by spocząć obok żony, czyli prababci Amalii. Wraz z jego szczątkami rodzina otrzymała pamiątki znalezione w grobie. Prawnuk przeżył szok - wśród kilku osobistych przedmiotów Johanna Weidnera był jego wojenny numer: Johann 219.

Nasze poszukiwania mają sens. Są potrzebne, konieczne. Tylko dzięki nim można zamknąć rodzinne historie, pomóc ludziom opłakać bliskich. Są potrzebne, bo leżącym w takich bezimiennych mogiłach zmarłym należy się osobiste miejsce wiecznego spoczynku. Dzięki naszej i nam podobnych pracy tacy ludzie jak Zenek, Stasiek czy Teresa mogą wreszcie zasnąć spokojniej, bo choć w pamięci nadal istnieją obrazy, których byli świadkami, to zrobili wszystko, co człowiek winien jest zmarłemu: zadbali o godziwy pochówek. Zamknięcie spraw, które dręczą, daje ulgę i uspokojenie. Sentencja „śpij w pokoju” ma znaczenie wielowymiarowe, dotyczy zarówno żyjących jak i zmarłych. Słowo „POKÓJ” jest pomostem między tymi dwoma światami. Jest potrzebne każdemu, a prace poszukiwawcze ukazują niezwykle wyraziście, co dzieje się, gdy pokoju na świecie nie ma.

Tekst:Ewa Michalska, zdjęcia: Grupa Poszukiwawcza




Tomasz Szwagrzakkontakt